Jestem pedagogiem i psychologiem, a prywatnie żoną i mamą dwójki dzieci. Pochodzę z Gdańska. Od 1999 roku mieszkam i pracuję w Piasecznie. Odkąd zamieszkałam w tym mieście moje doświadczenia zawodowe szczególnie intensywnie koncentrowały się wokół dzieci i młodzieży z rodzin głęboko patologicznych, głównie alkoholowych, z problemem narkotyków, przemocy, zaniedbujących dzieci. Wiele takich dzieci trafiało do Poradni Psychologiczno – Pedagogicznej, w której pracowałam. Miałam z nimi też kontakt w szkołach, które miałam pod opieką jako psycholog oraz w Caritasie gdzie czasami angażowałam się społecznie. Pragnąc pomóc tym dzieciom w pokonaniu traumy wynikającej z doświadczeń rodzinnych i środowiskowych, ich niemocy życiowej i edukacyjnej postanowiłam powołać do życia tę Fundację. Siedzibą Fundacji jest Gimnazjum nr 2 w Piasecznie, w którym od kilku lat pracuję. Działalność Fundacji nie ogranicza się jednak do terenu Piaseczna. Ma ona służyć młodym ludziom niezależnie od miejsca zamieszkania. Fundacja nie prowadzi działalności gospodarczej. Pozyskuje środki finansowe poprzez: ofiary, darowizny, zapisy, subwencje, dotacje oraz sprzedaż cegiełek i zbiórki publiczne. Działalność Fundacji opiera się na pracy społecznej członków, wśród których jest coraz więcej pedagogów i osób wrażliwych na los zaniedbanych, opuszczonych uczuciowo dzieci. Swoją realną działalność rozpoczęła 1 września 2004 r.

Te kilka powyższych zdań  to dość oficjalny tekst informujący o Fundacji. W tym tekście nie widać dramatu dzieci, dla których Fundacja ta została powołana. Trudno zresztą ten dramat przedstawić w słowach.

Fundacja Pomóż Dorosnąć powstawała w moich zamysłach od roku 2002. Pierwsza myśl, żeby powołać taką Fundację do życia powstała w okresie, gdy w moim życiu miały miejsce doświadczenia, których część przekazałam w listach do pewnej bliskiej mi osoby ( imiona i przezwiska zostały zmienione). Oto fragment jednego z listów: „Jestem na etapie fraszek Kochanowskiego, Powstania Listopadowego i postaci Napoleona. Dobrze mi zrobi trochę powtórki. Marysia potrzebuje pomocy w historii. Sama rozumiesz… Poza tym „Mysza” ostatnio stwierdził, że już „5 lat czeka na rozmowę ze mną”, więc postanowiłam poświęcić mu trochę czasu. W jego domu alkohol każdego dnia. Jak wiesz, Zuzia ma trudny czas. Z jej mamą znowu kiepsko. Właściwie nie trzeźwieje. Zuzia nie bardzo miała ochotę na powrót do domu. Dzisiaj mówiła się, że nie było tak źle. Był nawet obiad. Trochę poprawił jej się nastrój. Ola – jej siostra – lepiej sobie z tym radzi. W niedzielę wybraliśmy się na spacer po Starówce. Wczesnym wieczorem jest już pięknie oświetlona. Lody, dużo śmiechu. Chociaż przez chwilę Zuzia i Ola nie były smutne. U Pawła w rodzinie jest obecnie spory problem finansowy. Zbyszka szkoła (podręczniki itp.) kosztuje dużo. To co dostali od nas (myślę o księdzu, o pewnej kwocie pieniędzy z firmy mojego brata i o moich groszach) nie do końca chyba wystarczy, ale poza nim problem ma też Gosia. Mama nie kupiła chyba żadnych podręczników. Nie miała za co. Zdobyłam dla niej trochę używanych, kilka miała po Zbyszku, ale nadal nie miała ważnych ćwiczeń. Dzisiaj sytuacja wyglądała już nieciekawie, widziałam to po jej minie, gdy o tym rozmawiałyśmy. Co miałam robić? Poszłam do księgarni i kupiłam jej brakujące ćwiczenia. Wydałam ostatnią stówę. Jakoś to będzie, ale czuję, że musi się znaleźć jakieś finansowe rozwiązanie takich sytuacji. A to przecież tylko podręczniki. Sama wiesz ile jest innych potrzeb. Moja koleżanka, po spotkaniu wakacyjnym z „naszymi” dziećmi przesłała mi 100 zł., żeby im „coś” kupić. Śmieszna kwota, wiem. Ale dała to z serca i jestem jej wdzięczna. Kupiłam pięciu dziewczynom trochę bielizny. Same zdecydowały. Ten miesiąc był dla mnie…nieważne. Dobrze, że się kończy. Mam ciągle brak czasu na poszukiwanie stowarzyszeń, fundacji itd. mogących finansować podobne historie, ale wiem, że muszę znaleźć ten czas”.

To zwykły list, sprawy pozornie mało ważne, ale gdy każdego niemal dnia spotykamy się z dziećmi głodnymi, brudnymi, bez podstawowych przyborów do nauki, dziećmi smutnymi, zapłakanymi albo okrutnie agresywnymi z powodu własnej bezsilności wobec przygnębiającego życia, te sprawy okazują się nie „mało ważne”, ale „najważniejsze”. Przez kilka lat spraw tych nazbierało się na tyle dużo, że Fundacja stała się dla mnie koniecznością. Historii dzieci, które z trudem i w osamotnieniu pokonują własne, bolesne doświadczenia związane z patologicznym domem znam wiele. Wiele ludzi mówi ” to straszne, płakać się chce”. Rzeczywiście. Można nad losem tych dzieci płakać. Niewiele z tego jednak wyniknie. Tym dzieciom potrzeba bardzo konkretnej pomocy. Potrzeba dożywienia, podręczników do szkoły, czasem butów na zimę i ciepłej kurtki, pomocy w finansowaniu edukacji (wiele z nich to bardzo zdolni młodzi ludzie, którzy mogą w życiu osiągnąć doskonałe wykształcenie), ale też i może przede wszystkim!!! potrzeba obecności w ich otoczeniu ludzi z otwartym na ich los sercem, którzy wleją w nich wiarę, że ich młodzieńcze i dorosłe życie może ułożyć się inaczej niż życie ich rodziców. Dzieci te potrzebują profesjonalnej terapii jako dzieci obciążone alkoholizmem rodziców, doświadczeniem przemocy, odrzucenia, zaniedbania. Nie można zatrzymać się na „talerzu zupy”. Konieczne jest spojrzenie dalej. Jak te dzisiejsze dzieci i młodzież pokierują swoim życiem, jeśli nie pomożemy im pozbyć się balastu toksycznego środowiska w którym żyją? Będą powielać schemat życia rodziców, będą powiększać rzesze ludzi bezradnych życiowo, bezdomnych, bezrobotnych. Ludzi , którzy topią swoje przegrane życie w tanim alkoholu.

Wierzę, że idea Fundacji pociągnie wielu ludzi wrażliwych na problemy dzieci i młodzieży zagubionej życiowo. Wierzę, że znajdą się ludzie, firmy, instytucje gotowe wspierać działalność fundacji. Wiele osób już zareagowało w zdumiewający dla mnie sposób, angażując się prawdziwie z sercem w pierwsze fundacyjne działania. Wszystkim gorąco dziękuję.

Chcę szczególnie podziękować firmie Oskar- Plus za nieodpłatne opracowanie logo Fundacji i wydanie materiałów graficznych.

Zamieszczam poniżej kilka moich opowiadań z okresu poprzedzającego powstanie Fundacji. Jak wspomniałam idea jej stworzenia „pracowała” w moim sercu na kilka lat przed rejestracją Fundacji. Losy dzieci, z którymi pracowałam jako psycholog, a także losy dzieci, które poznawałam po prostu ” na ulicy” sprawiły, że zaczęłam pisać o nich opowiadania. Tak dojrzewała we mnie decyzja powołania do życia Fundacji Pomóż Dorosnąć.

Ewa Lubianiec
wrzesień 2004

 

Tytuły opowiadań:
* Nie ponaglajmy Pana Boga.
* Proszę pani…kiedy znowu pani przyjdzie
* EPOKOWY OBŁĘD
* Agata

 Nie ponaglajmy Pana Boga. On wie kiedy i co ma się wydarzyć….On starannie aranżuje nasze spotkania w życiu.

Jacka spotkałam, jak mi się wydawało, przez przypadek. Kiedyś często miewałam wrażenie, że życiem naszym rządzą przypadki. Dziś wiem, że nie istnieje coś takiego jak przypadek. Istnieje Boża Opatrzność.

Zalękniony, zamknięty w sobie chłopiec. Zwykle milczący. Robił wrażenie jakby wstydził się swojej obecności wśród ludzi, swojego udziału w zabawie, po prostu swojego istnienia. Na minimalne nawet próby zbliżenia się do niego reagował ucieczką. Czasem było to całkowite wycofanie się z kontaktu. „pancerz” narzucony na siebie tak szczelnie, że uniemożliwiał dziecku przekazanie na zewnątrz choćby drobnego sygnału emocji  poza ” uciekam”, ” nie chce was”, „zostawcie mnie”. Czasem była to fizyczna, dosłowna ucieczka w przestrzeń, przed siebie, na oślep… Bywało to niebezpieczne. Nie potrafił być wśród dzieci. Zawsze sam w kącie.

Pewnego dnia, poproszono mnie o wizytę w klasie Jacka. Była to klasa „0”. Sprawa dotyczyła pewnego chłopca, Antka. W ławce, obok siedział Jacek. „Skulony we dwoje”. Spędziłam w klasie kilkanaście minut, „skupiona” na sprawie Antka. O Jacku wiedziałam już trochę od wychowawcy. Wychodząc, zaprosiłam Jacka do swojego gabinetu na krótką rozmowę. Bez słowa, posłusznie, poszedł za mną. Szedł wolno –  w bezpiecznej odległości. Zwykle trzymam małe dzieci za rękę, gdy wędrujemy korytarzami do mojego pokoju. U Jacka nie było o tym mowy. W pokoju stanął przy drzwiach nie reagując na moje zaproszenie aby usiadł, ani na żadne moje słowo mające nakłonić go do rozmowy. Wzrok wlepiony w podłogę, skulona postać przyklejona do ściany, odwrócona plecami. Zaczęłam opowiadać jak spędzam czas z dziećmi, które do mnie przychodzą. Pokazywałam mu rysunki, które powstają podczas takich spotkań, zabawki – pluszaki, które dzieci najchętniej przytulają, mówiłam o tym, ile radości i smutków można zostawić w tym miejscu, a jeśli jest taka potrzeba można tu zawsze przyjść choćby odpocząć lub się pobawić. Tworząc tę swoją opowieść, stanęłam w pewnej chwili obok chłopca  i pogłaskałam go po ramieniu. Stał tyłem do mnie, spięty jak skała, ale nie protestował. Trwało to dłuższą chwilę, opowiadałam dalej jakieś szkolne historie „anonimowych” dzieciaków. Gdy zaproponowałam powrót do klasy, czułam, że przyjął to z ulgą. Miał za sobą wyraźnie trudne doświadczenie. „Ktoś”, obca osoba, jakaś tam „pani psycholog” pogłaskała go po ramieniu i mówiła jakieś dziwne rzeczy, a on stał tam. Długo. I pozwolił się jej dotknąć. Przez cały czas naszego spotkania wzrok Jacka utkwiony był w podłogę. Nie spojrzał na mnie ani razu.

Przez następne tygodnie wiele razy odwiedzałam jego klasę. Gdy okazywałam mu zainteresowanie uciekał wzrokiem, robił „złą” minę, odwracał się tyłem. Gdy skupiałam swoją uwagę na innym dziecku, często zachowywał się prowokująco, zaczepiał kolegów, zaczynał łobuzować. Wychodząc, zawsze szeptałam mu coś na pożegnanie, np. „pięknie dziś malowałeś” lub „dobry z Ciebie kolega”. Czasem, w odpowiedzi, uśmiechnął się ukradkiem.

Jacek chodził popołudniami do tzw. świetlicy środowiskowej. Tam również mieliśmy okazje się spotykać. Bóg aranżuje drobiazgowo nasze spotkania w życiu. W ciągu dwóch miesięcy dokonał się spory przełom. Pozornie minimalny, a jednak ogromny. Jacek na mój widok ożywiał się, uśmiechał i na krótką chwilę nasze spojrzenia się spotykały. Zdarzało się, że wyraźnie szukał kontaktu. Podczas spacerów zgłaszał się czasem do pomocy w niesieniu torby z zabawkami i w ten sposób mogliśmy iść przez kilkanaście minut razem. Nadal były „ucieczki”, nadal było chowanie się w swoim „pancerzu”, nadal kontakt był trudny, ale ruszyliśmy do przodu. Zdecydowanie ruszyliśmy do przodu.

W ciągu pół roku na dobre się „zaprzyjaźniliśmy”. Chłopiec wyrzucił z siebie w tym czasie wiele bolesnych wspomnień. Wydobywał to z siebie i w zabawie i w rozmowach. Zostawiając te „psychiczne bagaże” za sobą, robił się coraz mniej spięty i coraz bardziej otwarty na ludzi. W klasie I bardzo dobrze zaistniał w nowej grupie. Wychowawczyni, nowi koledzy i koleżanki stali się dla niego grupą, w której naprawdę chciał być.

Dziś Jacek jest dobrym uczniem. Może nie najlepszym, ale starającym się bardzo. Możliwości jego są ogromne. Warunki domowe „żadne”. W głowie z lekcji zostaje mu tyle ile na tych lekcjach zdoła zapamiętać i się nauczyć. O nauce i powtórkach domowych nie ma mowy. Ale stara się bardzo. Mimo wszystko.

 

Proszę pani…kiedy znowu pani przyjdzie?

Tomek. Ma 10 lat. Spotkałam się z nim kilka razy w jego szkole. Początkowo nie był zbyt rozmowny, ale doszliśmy do kontaktu na tyle dobrego, że nie miał ochoty wracać na lekcje. Wiedział, że „trafił” do mnie z powodu rozrabiania. Strasznie tłukł kolegów. Nikt nie potrafił go okiełznać. Wystarczyło posłuchać przez chwilę historii jego życia, aby zorientować się niemal we wszystkim. Opowiedziała mi o tym nauczycielka. I jak tu nie walić pięścią na oślep gdy ma się 7 – 8 lat i dzieją się takie rzeczy. Dziwi mnie ( nie po raz pierwszy), że nauczycielka sama na to nie wpadła.

Tomek w ciągu ostatnich 2 lat stracił najbliższe mu osoby. Najpierw zmarł jego ukochany dziadek. Długo chodził na cmentarz i rozmawiał z dziadkiem. O wszystkim. Najwięcej o tym, o czym nie zdążył porozmawiać za jego życia. Dorośli, którzy byli przypadkowymi słuchaczami tych rozmów byli zszokowani. Takie małe dziecko?! A Tomek mówił np. „Dziadku, dziękuję Ci za te lody, na które mnie ostatnio zabrałeś. Były takie dobre. Żadne nigdy nie były lepsze. Spacery z tobą były zawsze takie wesołe i zawsze miałeś na nie czas” . Tomek mówił głośno, nie zwracał uwagi, na przypadkowe osoby stojące obok. Około rok później zmarła mama chłopca. O dziadku może dziś mówić, o mamie jeszcze nie. Ma wielki, wielki żal, że jej nie ma. Niby czas leczy rany, ale czasem trwa to naprawdę długo. Na wspomnienie mamy Tomek milknie, a łzy płyną strugami. Zaraz po śmierci mamy, zaczęły się dziać inne trudne rzeczy w życiu chłopca. Alkohol w rodzinie był ich główną przyczyną. Tata, który „gdzieś tam był” pojawiał się jeszcze do niedawna z mnóstwem obietnic, po czym znikał na całe miesiące. Odwiedziny taty były coraz rzadsze, obietnice składane chłopcu jakoś nigdy się nie spełniały, coraz częściej ojciec przyjeżdżał pijany, w końcu przestał przyjeżdżać. O ojcu Tomek może rozmawiać, ale dziś potrafi głośno tylko go oskarżać. Ma do niego wiele żalu i  ciągle jeszcze… trochę oczekiwań. Gdy wspomina to co najboleśniejsze nie może wypowiedzieć słowa „tato”. Dorosłe, samodzielne już rodzeństwo Tomka ma swoje życie, niewiele lepiej układające się od życia rodziców. Tomek pozostaje pod opieką babci. Schorowanej, bezradnej wychowawczo, nie mogącej zrozumieć trudnych, agresywnych zachowań chłopca. „Dlaczego on się tak źle zachowuje w szkole? Ja mu tyle tłumaczę”. Babcia przy Tomku dużo mówi o miłości, jaką darzy wnuka, o braku sił na całe to ciężkie życie, o tym jakim mądrym, zdolnym jest chłopcem, jaki jest często krnąbrny, ile razy mówi, że ją kocha, a jest często taki niegrzeczny, jak boi się o jego przyszłość i o swoje zdrowie, bo przecież ona też może nagle umrzeć…, a on ciągle taki niegrzeczny…pogarsza tylko trudne życie. I w tym wszystkim Tomek, który tylko pięści zaciska. Huśtawka poruszanych przez babcię wątków, popadanie z jednej skrajności w drugą, niemoc życiowa starej kobiety i jej bezradność wobec ogromnego braku poczucia bezpieczeństwa chłopca…I samotność ich obojga.

Tomek wyznaje, że męczy go babcine „zrzędzenie”. Twierdzi, że w szkole, z kolegami jest trochę lepiej, że dokłada im tylko wtedy, gdy sami zaczną. A co !? No wtedy to chyba nie można inaczej. Lubi opowiadać o tym jak dobrze gra w piłkę, jak fajnie spędza czas z kumplami na podwórku, jak lubi czasem siedzieć babci na kolanach, jak całuje babcię w czoło, w jeden policzek, później w drugi, jak bardzo ją kocha i jak próbuje wierzyć, że wszystko się ułoży dobrze. Tomek jest szczególnym typem chłopca – mężny, czerstwy, trochę ostry wyraz twarzy, zachrypnięty głos, ale jest w nim jakaś niezwykła czułość i łagodność.

Pewnego dnia jechałam samochodem. Było to jakiś czas po kolejnym spotkaniu z Tomkiem. Jechałam polną drogą w okolicach szkoły chłopca. Nagle jakieś dziecko stanęło na środku drogi i zmusiło mnie do zatrzymania. „Proszę Pani, kiedy znowu Pani przyjdzie. Kiedy znowu porozmawiamy. Może jutro? Ja mogę codziennie. Kiedy znowu Pani przyjdzie?” Za chłopcem wybiegła babcia. Zaczęła go odciągać od samochodu. Tłumaczyć, że tak nie można, że pani ma dużo pracy, że się spieszy. Stałam i patrzyłam na to dziecko patrzące w wyczekiwaniu na mnie, patrzyłam na babcię…” Dobrze Tomku, przyjadę we wtorek…” Uśmiechnęliśmy się do siebie i odjechałam. Widziałam w lusterku jak patrzy za oddalającym się samochodem i… walczy z szarpiącą go babcią.

 

„EPOKOWY OBŁĘD”
(opowiadanie „współczesne”)

Dzisiejszy świat toczy się w grudniu. Pęd życia jest większy niż zwykle. Święta wyzwalają w ludziach zadziwiającą energię. Energię, która sprawia, że grudzień jest miesiącem wzmożonego blasku świateł, wzmożonego ruchu ulicznego, wzmożonego przepływu pieniędzy, wzmożonej aktywności sprzedających i kupujących, wzmożonej pocztowej krzątaniny. Wszystko staje się wzmożone. Wzmożona jest też pamięć o ludziach. Miesiąc ten można by nazwać „miesiącem pamięci o innych”. Ilość życzeń „zdrowia, radości, spokoju, pomyślności…” jest jak potop, który powinien świat wypełnić spokojem, a za nim radością, zdrowiem, pomyślnością. Świat pędzi galopem w nadziei na pomyślność dnia Bożego Narodzenia. W nadziei na pomyślność? Tak, w nadziei na radość. W nadziei na radość? Tak, w nadziei na spokój. W nadziei na spokój? Tak, w nadziei na….

Był to czas wigilijnej wieczerzy. Kolacji, jak kto woli. Świat wyglądał pięknie. Oszroniony lśniącym mrozem, skrzypiący śniegiem najlepszego gatunku. Ruch świąteczny zamarł. Wzmógł się za to ruch mikołajkowy. Kominami, dziurkami do klucza, oknami, spod podłogi, z sufitu, z każdej możliwej dla dziecięcej wyobraźni tajemniczej kryjówki wychodził Święty Mikołaj i składał pod choinkami prezenty. Marysia słyszała o takich cudach, ale przywykła do tego, że jej dom stał poza trasą Świętego Mikołaja. Jeszcze nigdy dotąd, w jej 8-letnim życiu, nie znalazła pod choinką żadnego prezentu. Gorzej. Nie pamiętała, aby w jej domu była kiedykolwiek choinka. Wierzyła jednak, że choinki istnieją . Te kolorowe, błyszczące, z mnóstwem cukierków i jasnych jak gwiazdy lampeczek. Że istnieją Mikołaje – ci święci panowie, którzy są tak dobrzy, że obdarowują raz w roku cały niemal świat prezentami. Niemal cały, bo cały…to pewnie nie daliby rady. Marysia była wyrozumiała. Cały świat! Ileż to pracy. Nie może to być, żeby aż cały świat. Niemal cały to już bardzo dużo. Marysia wierzyła w sprawiedliwość i wierzyła, że skoro dotąd jej dom był poza trasą Mikołaja i świątecznej choinki, to zapewne przyjdzie czas, gdy Mikołaj będzie wędrował przez „niemal cały świat” właśnie jej ulicą. A wtedy….Wtedy to dopiero będą święta. I tu zaczynała się najpiękniejsza chwila wieczoru wigilijnego. Tu zaczynały się dziać wokół Marysi rzeczy niebywałe. Jej świat zmieniał się prawdziwie i nieprawdopodobnie…W pokoju Marysi, a że był to jedyny pokój jej domu, właściwie jedno jedyne pomieszczenie, w którym zamieszkiwała z całą rodziną, które było kuchnią, pokojem gościnnym, sypialnią, jadalnią…Marysia znała wszystkie te domowe pomieszczenia z domów koleżanek. Miała takie koleżanki w szkole, które miałyby pewnie problem z wymienieniem wszystkich pomieszczeń ich domów. Były to tak przeraźliwie wielkie domy, że Marysia miałaby ten problem z pewnością. Tak jej się przynajmniej wydawało. Tak więc w pokoju Marysi, w ten szczególny wieczór, w najcieplejszym zakątku, tuż obok łóżka Marysi i jej młodszej siostry Julki, wyrastała piękna, pachnąca, miło kłująca, najprawdziwsza w świecie choinka. Była tak pięknie zielona, że niczym nie trzeba było jej stroić. Ta zieleń wydawała się być taka szczególnie dobra, uroczysta i błyszczała… chyba niebem i gwiazdami. Tak było. Marysia stwierdziła, że tak właśnie było. Choinkę otaczało całe mrowie istot. Właściwie takich mgiełek, lekko unoszących się wśród iglastych gałązek. Co to było nie wiedziała, ale dawało to taki miły spokój i było ciepłe i takie ładne…jak błyszczące anioły. „To są cuda. Najprawdziwsze cuda” – szeptała sama do siebie cichutko. I wtedy zaczynała odczuwać wokół siebie… obecność. Czekała na te chwilę. Dobrze wiedziała, że dawno, bardzo dawno temu zdarzyło się na świecie coś Bożego. Narodził się Jezus.

Marysia znała Jezusa dobrze. Nie pamiętała dokładnie skąd znała Jezusa. Znała go właściwie od zawsze. W jej maleńkim pokoju ON mieszkał odkąd sięgała pamięcią. Rodzice nie rozmawiali o NIM nigdy, ale ona rozmawiała z nim codziennie. Opowiadała mu swoje dziecięce historie ze szkoły, z podwórka, no i zawsze, każdego dnia te domowe, te najsmutniejsze. Czteroletnia Julka i trzyletni Tomek słuchali cichutkich modlitw Marysi, mówili razem z nią „Aniele Boży” … i Marysia wiedziała, że ich kilkuletnie główki i serduszka wiedzą już o Jezusie całkiem sporo. Nie zastanawiała się nad tym właściwie. Po prostu to wiedziała. Było to dla niej tak oczywiste jak ukochany smak chleba każdego ranka, tak oczywiste jak słońce, które daje światu radość… Jezus był w niej, był w zasmarkanej Julce, był w jej trochę rozkapryszonym braciszku, był w ukochanej pani w szkole i w złośliwej Kaśce ze szkolnej ławki, był w zapracowanych mamie i tacie, którzy podobno byli „chorzy”… i robili rzeczy, których Marysia nie rozumiała. Wierzyła jednak, że Jezus jest w każdym z nich, że jest wokół cały czas  i sprawia, że „mimo wszystko” jej Marysi i innym dzieciom chce się śmiać, sprawia, że tak fajnie jest bawić się w chowanego, że tak miło jest przytulić się do mamy, gdy jest „zdrowa”, że  po najsmutniejszym dniu, następny jest weselszy… Marysia nosiła w sobie tak wielką pewność, tak wyraźną obecność Jego w sobie, że patrzyła czasem w wielkim zdziwieniu jak ludzie wydają się nie pamiętać, że JEZUS JEST. A zdziwienie jej było czasem naprawdę ogromne. Gdy tata stawał w drzwiach, ledwo trzymając się na nogach, wykrzykiwał do mamy niezrozumiałe słowa, a mama równie niejasnym dla Marysi językiem mu odpowiadała, często krzycząc jeszcze głośniej. Gdy później działy się rzeczy, na które Marysia nie mogła spokojnie patrzeć, ale, że pokój był tylko jeden, mogła co najwyżej zamknąć oczy i zasłonić uszy. Myślała wtedy… Jezu, przecież TY tu jesteś. Dlaczego oni to robią? Czy zapomnieli o TOBIE…?(fragment)

„Agata”

Agata wyglądała przy nas jak matka. No, przesada. Jak znacznie starsza koleżanka. Była dużym, „postawnym” dzieckiem. Nie była szczerbata, miała już stałe zęby ( to robiło wrażenie), była najwyższa w klasie. Jakby dołożyła chłopakowi !!!??? Ale to się nigdy nie zdarzało, bo wszyscy przed nią wiali. Wyglądała na bardzo silną, ale była dobra, łagodna i taka …ciepła. To było fajne. Przytulić się do Agaty było miło. Naprawdę jak do mamy. Była zawsze taka samodzielna, zaradna, jedyna nosiła klucz od mieszkania na szyi już od pierwszej klasy. W domu rodzice powierzali jej ważne zadania np. myła naczynia, odkurzała. Imponowało nam to. Strasznie jej tego zazdrościłam. Czułam się przy niej jak dużo młodsze dziecko. A byłam młodsza tylko o 20 dni. Pamiętam, że wszyscy w rodzinie Agaty urodzili się 1 jakiegoś miesiąca. Agata 1 maja. W ogóle to bardzo lubiłam całą jej rodzinę. Najbardziej zazdrościłam jej starszego brata Maciasa. Był podobno okropnym bratem, przezywał ją „gruba” , ale ona zawsze tak miło o nim mówiła  „Macias” i tak ładnie się przy tym uśmiechała i chyba wcale jej nie przeszkadzało to „gruba” , bo on mówił to pewnie tylko w złości. Był starszy o 5 czy 6 lat. Dla mnie to było coś super. Starszy brat! Macias niekoniecznie by mi pasował na brata. Był za mało rozmowny. No, właściwie taki trochę mrukowaty. Ale przecież my byłyśmy smarkate dla niego, to jaki miał być? Tak czy siak mnie się marzył starszy brat, a nie taki jakiego miałam. Młodszy o rok, złośliwy jak nie wiem co, bałaganiarz, wkurzał mnie okropnie !!! Dobra. Czasem było fajnie. Rodzina Agaty była dla mnie taką trochę dziwną rodziną, jakby z innego świata. Ale pamiętam jak bardzo przykuwało moją uwagę to co widziałam w tej rodzinie. Byłam tym…no …jakby zauroczona. Byłam 7 – 8 letnią dziewczynką, nie umiałam wtedy tego nazwać, ale dziś wspominam to jako coś szczególnie pozytywnego, zaskakującego…no nie wiem…nazwałabym to chyba świętością. Tak. Świętością. Tata, bardzo wysoki pan, zawsze uśmiechnięty, taki miło żartujący, ale tak inaczej, jakby z zaskoczenia. Czasem czułam się przy nim w „pogotowiu do żartów”, bo nigdy nie wiedziałam, czy zaraz nie wyskoczy z czymś „specjalnym”, że pęknę ze śmiechu. Mama – ładna, niewysoka kobieta, spokojna, zawsze czuła i delikatna w swoim zachowaniu, słowach. Miała w sobie taką szczególną pogodę. Pasowała w tym do swojego męża. Była między nimi jakaś niezrozumiała dla mnie czułość, jakiś uroczysty szacunek. To było dla mnie coś zupełnie obcego. Patrzyłam na to w zachwycie. Miałam wrażenie, że on zawsze o nią dba, troszczy się, patrzy na nią tak wyraźnie ciepło, tkliwie, dzisiaj wiem, że z wielką miłością. ale wtedy czułam tylko, że u mnie w domu nie dzieje się nic podobnego. Jest jakoś inaczej. Zupełnie inaczej. I nie dokonywałam oceny, czy to dobrze czy źle. Bałam się o tym myśleć. Czułam jedynie żal i nie bardzo wiedziałam co z tym zrobić. Miałam około 8 lat. W rodzinie Agaty, gdy wychodziło się z domu, mówiło się ” Z Bogiem”, gdy się wracało, mówiło się „Niech będzie pochwalony…”. W każdą niedzielę chodziło się do kościoła, rodzice chodzili do spowiedzi, przyjmowali komunię świętą, w domu mówiło się o Bogu jak o domowniku. I. nie dokonywałam oceny – czy to dobrze czy źle. Czułam jedynie żal. I niepokój. Coś mnie wprawiało w smutek, gdy wracałam do swojego domu. Domu…innego. Smutek i lęk…to znałam dobrze… z mojego domu.